Dziś rano przed wyjazdem do lecznicy jeszcze chwila w ulubionej miejscówce na zmianę z Bogusiem
I za chwilę wychodzimy
Po drodze oczywiście lament, bo po co i dokąd w tej paskudnej klatce. W gabinecie jeszcze głośniej i żałośniej a mnie serce pęka ze strachu. mam się zgłosić o 17 do tej pory chyba osiwieję.
Boguś pod drzwiami miauczy żałośnie, nie chce jeść i mój strach rośnie, bo może Boguś ma złe przeczucia, zwierzęta przecież wyczuwają różne rzeczy. Tym bardziej że ostatnio zła passa mnie nie opuszcza .
W końcu jedziemy po pacjentkę. Wszystko jak na razie dobrze ,brzuszek zszyty nicią rozpuszczalną, jeszcze lek na następne dni i do domu. W drzwiach komitet powitalny w osobach Frani i Bogusia. Mela wytacza się z kontenera i od razu do kuwety. Podsuwam miseczki z kurczakiem i wodą
Jest bardzo gorąco, więc mela układa się na podłodze, odpoczywa, potem przenoszę ją na tapczan. Czerwony kubraczek chyba jest ciut mały , ale musi być ,potem wykombinuję coś innego.
Boguś cały w skowronkach myje Meli łapki, potem układa się obok ,jest szczęśliwy,że towarzyszka jego szaleństw jest znowu w domu. Frania dokładnie obwąchała Melę i najwyrażniej żle jej się skojarzyło ,bo woli obserwować z daleka. Oby to był koniec kłopotów z Melisiowym brzyszkiem.


